FANDOM


Puszyste, białe obłoki zakrywają słońce, zgarniając całą dobrą sławę dla siebie. Skutecznie chronią mnie przed przegrzaniem, które grozi mi od dwóch godzin jakie spędziłam na poszukiwaniu mojego młodszego braciszka. Każdego roku skrywa się na łące właśnie w ten szczególny dzień. Wiem, że nie muszę się za nim uganiać, bo zwykle wraca do domu tuż przed Dożynkami z piękną stokrotką, którą wręcza mi na szczęście. Tak naprawdę tylko spaceruję wokół ogrodzenia i przyglądam się tamtejszym drzewom dla zbicia czasu. W poprzednich latach na arenę trafiały rodziny kupieckie, choć to nazwisk mieszkańców Złożyska jest najwięcej w puli. Boję się, że i w tym roku dojdzie do niesprawiedliwości, a jeśli to ja zostanę wylosowana, Polus nie będzie miał nikogo, kto utuli go przed snem, gdy matka będzie targować się z rzeźnikiem o tańsze mięso. Nie jest nam łatwo mimo, że mamy mieszkanie w centrum dzielnicy i lepszy dochód pieniężny od sąsiednich sklepów z odzieżą. Skończyły się nam materiały do szycia, przez co nasz magazyn stoi pusty, tak jak portfel rodziców.

W Dwunastym Dystrykcie bardzo lubię to, że wszyscy odczuwają biedę mniej lub bardziej, przez co nikt nie jest wytykany palcami. Dawniej, w naszej szkole razem z innymi dziećmi rodzin kupieckich zorganizowałam zbiórkę żywności dla najbardziej potrzebujących, dzięki której zyskałam sławę i stałam się lubianą uczennicą wśród nauczycieli. W tym czasie naprawdę mogłam pomóc, sama mając zapełniony brzuch. Teraz ograniczono wszystkie dostawy, a żywności i tkanin jest mniej.

 Wiatr zaczyna złowrogo świstać, a szeleszczące w lesie liście jakby mruczą sobie „musimy stąd uciec”, choć doskonale wiedzą, że nie mają żadnej drogi ucieczki, póki są zakorzenieni w ziemi – tak jak mieszkańcy dystryktów. Od prawdziwego świata oddziela nas ogrodzenie, choć nigdy nie podłączone do prądu, skutecznie zatrważające. Taka pogoda sygnalizuje, bym czym prędzej znalazła Polusa i powróciła z nim do domu, gdyż zegar wybija godzinę zwiastującą Dożynki. Czas nigdy nie jest dokładny, Strażnicy pokoju czekają, aż zjawią się wszyscy mieszkańcy, prócz tych naprawdę chorych. Ci spóźnieni oglądają losowanie na telebimach, a ja nie chcę widzieć rozpłakanej, dziecięcej twarzy na ogromnym, kapitolińskim ekranie. Wolę wyciągać szyję do bólu, by ujrzeć mały skrawek kolorowej postaci, grzebiącej w karteczkach. Nienawidzę tej wypędzlowanej kobiety za to, że jej wiecznie ciepłe dłonie sądzą o tym czy będziemy żywi, czy martwi. Za piękny uśmiech, który i tak jest przesadzony jak na pogrzeb. To tak chcesz nas pocieszyć, Effie Trinket? Pokazując nam swoimi abstrakcyjnymi perukami, że jesteśmy biedniejsi i gorsi?

   Wracam do siebie, słysząc krzyki kłębiące się w oddali, przepełniające powietrze, które wpycham do ust z przerażeniem. Rozpoznaję ten głos jak niczyj inny, jest delikatny, o błagającym tonie. Budzę się w koszmarach, przysłoniętych przez rzeczywistość niczym słońce przez obłoki: wydaje się ciepłe i przyjazne, ale jeśli podejdziesz do niego zbyt blisko, spłoniesz, a wtedy ratują cię jedynie różnokształtne chmury.

- Polus! – wrzeszczę zdezorientowana. Biegnę przed siebie czując, jak powoli grunt pod moimi stopami znika, a ja jestem bliska upadku.  Po trzech minutach gonitwy źródła dźwięku przystaję, poddając się. – Polus, odezwij się!

- Shader – do moich uszu dochodzi ciche, urwane pojękiwanie, dobiegające gdzieś z lasu. Ta złowroga siatka, odgradzająca mnie od mojego brata musi być moim sprzymierzeńcem. Wycieńczona podbiegam do niej, wzrokiem wyszukując niedoskonałości, którą odkryłam parę miesięcy temu, podczas jednego ze spacerów. Teraz jednak trudniej rozróżnić cokolwiek w plątaninie lśniącego drutu, kiedy doskwiera mi zmęczenie i zadyszka.

Zrezygnowana zaczynam walić pięścią w ogrodzenie wypowiadając wiązankę przekleństw, kątem oka nagle zauważając odstający pręt, który wygięłam ostatnim razem. Zrywam się na równe nogi i niecierpliwie maszeruję do celu, po czym przechodzę przez niewielką dziurę w płocie.

- Polus, idę do ciebie. 

Znam tylko jedną osobę, która ośmieliła się nielegalnie polować w lesie, to moja rówieśniczka, Katniss Everdeen, czternastoletnia mieszkanka Złożyska. Mówi się o niej, ponieważ chodzi na ćwiek, umie strzelać z łuku i zabija zwierzynę, co jest karane śmiercią. Mimo wielkiej popularności trzyma się na uboczu i jest bardzo skromna, nigdy z nikim nie rozmawia, a obiady jada tylko z córką prezydenta, Madge.  Typowo dla mieszkańcow najbiedniejszych okolic dystryktu, ma oliwkową skórę i ciemną włosy tak, jak ja. Dzięki wspólnym cechom wyglądu mogę w najmniejszym detalu utożsamiać się odważną Katniss, choć moja uroda powinnna być wadą, jako że typowo kupieckie rodziny to blondyni o błękitnych oczach. Jednak ja dzięki Katniss widzę w sobie odwagę, ale nie tak dużą, by kiedykolwiek się z nią przywitać.

Przystaję na chwilę słysząc wyciszony, dziecięcy płacz na lewo ode mnie. Niezłomnie podążam za źródłem dźwięku, co rusz łamiąc patyki pod moimi stopami. Delikatny wiatr owiewa moją rozpaloną skórę, kiedy nagle zakorzeniam się w ziemi. Zdezorientowana i otępiona budzę w sobię wielki ogień nienawiści i przerażenia: widzę mego najdroższego braciszka zalanego łzami, lśniącymi pod kątem słońca. Na jego gołych dłoniach i twarzy widzę zaczerwienienia, które niebawem przeistoczą się w różnobarwne sińce i zadrapania. Co się dzieje?, myślę i spoglądam na wysokiego chłopca z patykiem ściśniętym w dłoni. Drżącą ręką wyciągam podręczny nożyk do krojenia chleba z przedniej kieszonki mojej torby, szepcząc jedynie cząstkę słów, jakie pragnę wykrzyczyć w stronę nieprzyjaciela:

- Zabiję cię. 

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki