FANDOM


Zapraszam na 2 rozdział ;)


Willow powolnym krokiem przybliżyła się do biurka i usiadła tuż naprzeciwko pana Lorensa gotowa na kolejną już z rzędu rozmowę w cztery oczy. W ciągu ostatnich kilku tygodni miała już okazję go nieco poznać. Był on jednym z wielu kapitulońskich urzędników, którzy zajmowali się głównie sprawami finansowymi całego Panem.

Podobnie jak dziś, przychodził do niej na długie rozmowy głównie w kwestii spadku majątku po rodzicach oraz bezpieczeństwa jej i Rye’a. Zwykle te rozmowy donikąd nie prowadziły. Były to najczęściej długie minuty ciszy i niezręczności.

Tym razem pan Lorens był ubrany w elegancki garnitur i w ciemne, błyszczące się spodnie. W jego oczach czaiła się tajemniczość, a zarazem powaga. Zerkał na nastolatkę nerwowo, co jakiś czas przygryzając dolną wargę.

- Witam ponownie, panno Mellark – odrzekł spokojnie, lecz nie doczekał się odpowiedzi, gdyż Willow wciąż obserwowała mu się badawczo, wyczuwając zagrożenie.

Pan Lorens przyglądał się prosto w oczy nastolatki, jakby czekał na jej reakcję. Stukał nerwowo o blat biurka, trzymając w dłoni kubek gorącej kawy, jednak po kilku minutach nieprzerwanej dotąd ciszy w końcu odparł:

- Mam nadzieję, że oboje wiemy, w jakim celu się tu zjawiłem.

- Liczyłam na to, że te wszystkie niezapowiedziane wizytacje w końcu będą miały kiedyś swój kres… - odrzekła sucho.

- Niestety ta procedura jest obowiązkowa, panno Mellark…

- Lecz ja nadal nie potrafię tego zrozumieć, że Kapitol karze panu tak często do nas przyjeżdżać!

- Głównie jest to spowodowane tym, iż Kapitol jest w kropce. Twoi rodzice nie zdążyli pozostawić po sobie papierowej wersji testamentu.

- Nie rozumiem… - odrzekła, marszcząc brwi.

- Niestety chodzi o to, że według naszych reguł i zasad zakwaterowanie w wiosce zwycięzców jest zarezerwowana wyłącznie dla laureatów głodowych igrzysk. Jako iż ty i twój brat nie posiadacie na swoim koncie takiego zaszczytu, Kapitol nie ma obowiązku utrzymywania waszej dwójki.

- To znaczy, że chcecie nas wywalić z naszego domu?! – krzyknęła, wstając z krzesła.

- Proszę się uspokoić, panno Mellark – odrzekł stanowczo pan Lorens.

Willow uciszyła się i ponownie usiadła na krześle.

- Takie są już niestety nasze zasady – dalej kontynuował pan Lorens - Gdyby pańscy rodzice zapisali wam ów dom, nie byłoby teraz żadnego problemu. Wioska zwycięzców nie jest dla wszystkich…

- Ale co w tedy będzie ze mną i z Rye’m? – zapytała tym razem nieco mniej agresywnie, jednak w jej głosie czaiła się nadal masa złości.

- Kapitol właśnie wziął to pod uwagę, dlatego postanowił zapewnić całej waszej dwójce pożywienie wraz z bezpieczeństwem w tym właśnie domu na czas ukończenia twojej pełnoletności.

- Ale ja kończę osiemnaście lat już za dwa tygodnie! Nie poradzę sobie!

- Bardzo mi przykro, panno Mellark, jednak nic już na to nie poradzimy. Ma pani prawo zabrać z tego domu wszystko co ze chce, lecz po upływie tych dwóch tygodni będziecie mogli polegać tylko na sobie.

Willow poczuła mocne ukłucie w sercu. Bardziej martwiła się o losy swojego brata niż własne. Miał on zaledwie dwanaście lat. Jak zareaguje na ten fakt, iż za kilkanaście dni, będą zmuszeni opuścić dom, a wraz z nim liczne, miłe wspomnienia, które pozostały po ich rodzicach. Nie wiedziała co czynić.

- Najlepiej proponuję znaleźć pracę od zaraz i szukać mieszkania na terenie 12 dystryktu – odparł - W ciągu ostatnich kilku lat to miejsce znacznie się rozwinęło.

Willow myślała, że zaraz wyskoczy z krzesła i rzuci się na pana Lorensa. Jednak stłumiła złość, gdyż wiedziała, że agresja w niczym jej teraz nie pomoże.

- Niech pani zachowa zimną krew. Kapitol niestety nie miał innego wyboru, a zwłaszcza teraz, kiedy nastąpiło kilka dość poważnych zmian w naszym rządzie.

- Zmian? – zdziwiła się

- Nie słyszała pani? W ubiegłym tygodniu zmarła nasza pani prezydent Paylor. Powód jej śmierci jeszcze nie został do końca sprecyzowany, jednak wiele osób twierdzi, iż umarła ze starości…

- Jak to? Miała zaledwie sześćdziesiąt parę lat! I kto teraz będzie naszym nowym prezydentem?

- Mamy kilku kandydatów. Nowy prezydent zostanie ogłoszony jeszcze przed końcem tygodnia.

Willow zaniepokoiła wiadomość o śmierci Paylor. Czasem odwiedzała ona jej matkę Katniss Everdeen, więc miała okazję ją poznać. Była to miła kobieta, której można było zaufać i powierzyć całe Panem. Zapewne jej śmierć wstrząsnęła większość mieszkańców. Zdziwił ją jednak ten fakt. No bo kto wydał w takim razie ten nakaz o natychmiastowym opuszczeniu tego domu?

- Czas naszego spotkania dobiega już końca, panno Mellark – odrzekł po chwili pan Lorens – Obowiązki mnie wzywają.

Wstał z obitego skórą siedzenia, chwytając swoją ciemną teczkę i oddalił się w kierunku drzwi. Ukłonił się ostatni raz i wyszedł, pozostawiając Willow samą w gabinecie jej ojca. Dziewczyna walnęła pięścią o blat stołu, chcąc wyładować swoją złość. Poczuła się kompletnie wyrolowana i oszukana przez sam Kapitol tak samo jak jej matka za dawnych lat. Starała się nie dopuścić do płaczu, jednak po chwili łzy zaczęły jej spływać po policzku i opadać na ziemię.


Koniec. Bardzo proszę was o komentarze, a najbardziej na poniższym linku ;)

Następne rozdziały będą pojawiać się tylko na tej stronie:

http://biale-roze-willow-mellark.blogspot.com/

Pozdrawiam :D

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki